Sabina Majerczyk

W Stasikówce, uroczej miejscowości między Poroninem a Bukowiną Tatrzańską, jest wszędzie pod górkę, a jak z górki, to tylko do domu…

Do domu, do którego zawsze wracałam i wracam z jednakową radością z najdalszych wypraw.

Ze szkoły nieopodal domu, z pobliskich pagórków pamiętających jeszcze niezdarne narciarskie szusy w formule „mniej więcej”, czyli mniej na nartach a więcej na tylnej części ocieplaczy, z zawodów światowej czołówki na legendarnych stokach i morderczych zgrupowań na lodowcach.

To z tego domu wyruszałam na pierwsze treningi z Tatą, który swą pomysłowością zaszczepił mi zamiłowanie do wielu dyscyplin, wśród których najbardziej egzotycznym sportem była piłka nożna, bo kolarstwo, przełaje i pływanie, to jakby coś naturalnego dla dziewczynki z góralskiego rodu Majerczyków.

Moja Mama oduczyła mnie liczenia zadrapań i siniaków, które jakiś czas obnosiłam jako widomy znak wielkiego hartu upiętego w małym kombinezonie.

Rodzinna legenda powiada, że ponoć w wieku dwóch lat zgrabniej poruszałam się na nartach, niż bez, więc ostateczny wybór sportowej specjalizacji siłą rzeczy był oczywisty.

Kiedy jako dziewięciolatka trafiłam pod opiekę mojej pierwszej trenerki, pani Basi Pejko w klubie Śmig, wiedziałam na dobre, że radość szusów ze stoku okupiona musi być twardymi zderzeniami z białym podłożem, bo ponoć w życiu nie ma nic za darmo.

Góralską hardość mam w genach i chyba dlatego każdy upadek, nieważne, na treningu czy na zawodach, jest dla mnie swoistym afrodyzjakiem, dzięki któremu mimo wszystko jeszcze bardziej chce się chcieć.

I tak zachciało mi się chcieć przywdziewać pierwsze markowe gogle, kaski i plastrony.

A potem w dół, po marzenia, smak zwycięstwa i bywało, że gorycz pechowej porażki.

Ciągle chce mi się chcieć walczyć z pokusą odpuszczenia treningu na siłowni, czy ostatniej długości basenu dziennej dawki pływania, bo wiem, że góralskie noblesse oblige i nie ma, że boli, a jeśli już, to kiedyś przestanie.

A ból bywa nieznośny i nie jest to prawdą, że ten fizyczny najbardziej.

Szczególnie boli bezsilność.

To tak, jak w sezonie 2008/9, kiedy kontuzja nie tylko obraca w niwecz cały okres przygotowawczy, ale też stawia pod znakiem zapytania powrót do wyczynu na poziomie marzeń, jeśli nie w ogóle.

Te dylematy przeżyłam dosłownie na własnej skórze, w kolanie i sportowej duszy.

Po dwóch operacjach i długotrwałej rehabilitacji wróciłam do gry o podówczas najwyższą dla mnie stawkę wśród rywalek światowego formatu w cyklach zawodów FIS.

Kiedy patrzę za siebie, kiedy spoglądam na archiwalne statystyki, kiedy zdarza mi się raz jeszcze policzyć medale, puchary, dyplomy, nabieram pewności, że warto było, że warto iść za marzeniem i za jego nieuchwytnym smakiem emocjonalnej mieszanki uśmiechu i łez.

Pomieszczone poniżej statystyki, zestawy wyników, małe i duże zwycięstwa zaklęte w tabele, były udziałem dziewczyny, która powiedziała sobie pewnego dnia, że przegrywać, to jest ludzka rzecz, zaś sięgać po laur zwycięstwa, to wyzwanie, któremu warto poświęcić więcej, niż prawie wszystko.

Dla plastronu z białym orzełkiem.

Dla biało – czerwonej plakietki.

Dla Mazurka Dąbrowskiego.

Dla tej chwili, kiedy po ostatnim zjeździe, przestaje mieć znaczenie numer startowy, a liczy się ten na stopniu podium.

W opinii, jaką kiedyś mi wystawiono wyczytałam, że cechuje mnie gen rywalizacji, którego pokłosiem jest wyrazista struktura motywacji, co przy naturalnej dla mojego środowiska tak zwanej sportowej złości, stanowi swoistą mieszankę wybuchową w najszlachetniejszym rozumieniu tego pojęcia.

Chcę wierzyć, że jest tak naprawdę, że ten upór zawiedzie mnie na olimpijskie trasy zjazdowe, gdzie każda z mijanych bramek, niczym na filmie w przyspieszonym biegu kadrów, znaczyć będzie drogę na szczyt.

I być może olimpijskie podium.

Paradoksalnie, to jedyny szczyt jaki chcę osiągnąć, który położony jest poniżej linii startu…